sobota, 10 lutego 2018

Babka śmietankowa i wiosenne spacery

Dawno nie było nic w kulinarnym temacie i czas to nadrobić.
To dzisiaj babka śmietankowa.

Babka śmietankowa to ta jasna kromeczka, pod spodem ostatni kawałek pysznego ciasta Jareckiej, które u nas robi za piernik
- i nie znam łatwiejszego i pyszniejszego. A przepis jest TU, w kuchni Deszczowego Domu


A to babka w pełnej krasie:


sobota, 3 lutego 2018

Historyczna data 2. lutego

Data jest historyczna z dwóch powodów. I nie chodzi tu o święto Matki Boskiej Gromnicznej, do którego mam wielki sentyment.

Primo po pierwsze w piątek 2. lutego odbyła się PIERWSZA rozprawa w sprawie odszkodowania po wypadku Mężczyzny.
Okropny wypadek, który wywrócił nasze życie do góry nogami, miał miejsce dokładnie dwa lata i siedem miesięcy temu 2. lipca 2015 roku. No i właśnie się doczekaliśmy!
Pierwsza rozprawa, przesłuchanie Mężczyzny na okoliczność.
Nie będę się wgryzać w temat pracy naszych sądów, dość powiedzieć, że reforma gruntowna, dogłębna i jaka tylko jest im potrzebna jak tlen (uprzejmie proszę o nie rozwijanie tematu reform w komentarzach z szacunku dla mych zszarganych nerwów; ja odszkodowanie za swój wypadek - stłuczkę - uzyskałam po trzech latach)

Przeprowadzka bardzo nam pomogła uporać się z traumą, a teraz znowu wszystko wraca i maglujemy temat od nowa :(
No nic. Nie takie rzeczy ludzie przeżyli.
Jednocześnie wracając myślami do tych strasznych dni chciałam SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ wszystkim PT Blogoczytaczom miłym, którzy w tamtych strasznych dniach otoczyli nas modlitwą, serdecznym wsparciem, ciepłymi słowami. Strumienie DOBRA płynęły od Was kochani z każdej strony i podtrzymywały Tofika i mnie na duchu, a Mężczyznę przy życiu.
Nie zapomniałam o tym. Pamiętam i jestem Wam niewysłowienie wdzięczna!

Primo po drugie nie jest już takie jednoznacznie osadzone w dacie, ale chyba 2 lutego będzie najlepszy do odtrąbienia przełomu w moim związku z Białym.

niedziela, 21 stycznia 2018

Chaotyczny, zaczapkowany post z krokodylem

Nie dalej jak wczoraj Leciwa szturchnęła mnię komentarzem pod poprzednim postem, informując, że Bóg już się narodził jakiś czas temu i życie toczy się dalej. No i to dalej właśnie się PT Blogoczytaczom należy jak psu zupa.
W sumie racja, bo się opuszczam w pisaniu.

(Leży mi taki jeden temacik na wątrobie ale boję się, że jak nie bacząc na konwenanse puszczę wodze emocjom, które mnie gryzą, to rozwalę klawiaturę, bloga, stosunki towarzyskie, a żółć ze mnie wyciekać będzie rzeką. przy której Amazonka to lichy ściek. A cała impreza skończy się wizytą smutnych panów z nakazem prokuratorskim - ale zapewne ten post niedługo nastąpi. Dojrzewam)

Dzisiaj będzie post zastępczy oględnie odpowiadający na pytanie, co u nas.
Zaczapkowałam się drutowo, bo ciągle jeszcze maszyna do szycia wraz z akcesoriami nie trafiła na swoje miejsce, ale za tobędzie stała w doborowym towarzystwie. Nabyłam Overlocka! W okolicach wakacji zamierzam się zamknąć z moim sprzętem i wreszcie dać upust szyciowym pomysłom.

Druty też są ok. Na początku sezonu zimowego, czyli tej chłodniejszej części pory deszczowej, znowu doszłam do wniosku, że brakuje mi czapki. Tym razem w kolorze zielonym. Ale z akcentem brązowym, żeby była bardziej uniwersalna.
No i o, proszsz, orzeszek taki wyszedł niczym kapelutek żołędzia. Antenkę też ma:


niedziela, 24 grudnia 2017

Bóg się rodzi!


W tym roku dekoracyjnie znowu poszliśmy w minimalizm.
Nawet nie ma na naszej ścianie choinki 2D, o pełnowymiarowej nie wspominając!
Cieszymy się świerczkami i jałowcami zewnętrznymi i to nam w zupełności wystarcza.


Kolędy rozbrzmiewają, Bóg się rodzi - oczywiście w asyście kota.
No bo niech mi kto powie, że w stajence nie było kota!
Oczywiście, że był!

wtorek, 12 grudnia 2017

Fidel suka

Nie, wyjątkowo nie chodzi o samicę psa o imieniu na cześć kubańskiego dyktatora, ale o dwa niezwykłe instrumenty muzyczne:
sukę biłgorajską i fidel płocką.

Usłyszałam w radio, zakochałam się i Mikołaj okazał się domyślny :)


Instrumenty zostały zrekonstruowane dzięki prof. Marii Pomianowskiej i jej przyjaciołom i współpracownikom.
Nie będę się o tym rozpisywać, bo zrobili to lepsi ode mnie, a jeśli ktoś coś ładnie i składnie pisze, to ja nie będę odwalać benedyktyńskiej roboty z przepisywaniem, wolę odesłać PT Blogoczytaczy do źródła i mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.
O instrumentach można poczytać tu:
Laboratorium muzycznych fuzji (tu można również posłuchać utworów z płyty)
i tu:
www.pomianowska.art.pl (trzeba zjechać na dół strony i warto pobuszować w innych zakładkach)

A teraz dla zachęty:




Ci wszyscy, którzy chwycą bakcyla suki sami znajdą sobie inne utwory i wsiąkną, jak i ja wsiąkłam :)

niedziela, 12 listopada 2017

Źwierzontka na nowych włościach - koty. Ciąg dalszy.

Ano tak.
W kocim temacie ostatnie słowo nie zostało powiedziane.
Sądzę, że nawet nie przedostatnie.
Akcja się rozwija i nabiera rumieńców.
A było tak:

Poprzedni właściciel posiadał kilkunastoletnią czarną kotkę o imieniu Tosia, którą rzecz jasna zabrał ze sobą. Pytałam się, czy tu przychodzą inne koty, ale nie otrzymałam jakiejś wyczerpującej odpowiedzi. Ot czarno-biały kot sąsiadów (Jest takowy - trzyma sztamę ze swoimi: bokserem i wilczurem).
Dla Tośki była klapka na czip i właściciel innymi kotami ani się nie interesował, ani sobie nie życzył z nimi bliższych kontaktów.

Kilka dni po przeprowadzce, kiedy jeszcze moje zwierza siedziały w kocim pokoju, zobaczyłam Groszkę przemykającą przez podwórko i znikającą za garażem.
Oczywiście puściłam się pędem, żeby złapać uciekiniera! Wołam, wabię, a kot popatrzył się na mnie i czmychnął przez szparę w płocie. Z obłędem w oczach sadziłam po trzy stopnie na piętro, żeby się dowiedzieć JAK i KTÓRĘDY udało się tej małpie zwiać?!
A małpa siedziała spokojnie na krokwi i robiła za sowę :)

Tak poznałam Łazankę.

Widywaliśmy też -ale z daleka, najczęściej z okna - czarno-białego kota na naszym pomoście i w krzakach przy oczku wodnym. Czasami myliłam go z Jupą lub Jojką, bo z daleka maską na pysiu przypominał tę pierwszą, a ciemnym grzbietem tę drugą.

I tak poznałam Białego.

Miałam też podejrzenia, że tych burych pręgusków jest więcej. Ale ten drugi jest płochy i raz widziałam ogon, czasem kawałek ucha, albo mignęła mi gdzieś na deskach czarna pięta.

I tak poznałam... a zresztą, potem się dowiecie, kogo poznałam :D

czwartek, 2 listopada 2017

Umrzeć - tego nie robi się czytelnikowi

Dzisiaj Zaduszki. Zebrało mi się na przemyślenia.
I chociaż post pewnie zostanie opublikowany i przeczytany już po, to nastrój zaduszkowy jeszcze w nas będzie.
Taki czas.

Dzisiaj będzie o książkach, bo dawno nie było.
Może dlatego, że czytam dużo i nim się pozbieram do napisania czegoś, już jestem kilka książek dalej.
A koty się dzieją wciąż i może dlatego częściej jest o kotach...?

Znacie to uczucie, gdy przeczytacie dobrą książkę. Taką baaaaaardzo dobrą książkę. Nawet nie przeczytacie, lecz pochłoniecie!
Czasem zarywając noc wbrew rozsądkowi, bo rano trzeba jednak się zwlec i być z życiem on line.
No to jak? Wiecie o czym piszę?
Że książka skończyła się za szybko, że chce się więcej i to teraz już, natychmiast!
A jednocześnie ten lęk przed sięgnięciem po następny tytuł.
Żeby się nie rozczarować, bo może okazać się niewystarczająco dobry.
Żeby jeszcze rozkoszować się świeżo przeżytymi emocjami.
Czasem się wraca do co lepszych fragmentów, odnajduje się jeszcze raz jakiś akapit... Niedosyt.
Słowem jest się na mega czytelniczym głodzie.

Gorzej jest jedynie, gdy nie tylko książka kończy się za szybko, ale jej Autor.
W dwóch przypadkach nie mogę tego przeboleć.